Nie taki Venom straszny, jak go malują

Drugi dzień projektu, a ja już trafiam na blokadę twórczą. Albo inaczej – nie wiem, czym pisać. Pomysłów od cholery, a każdy tak samo dobry, albo tak samo gówniany.

No ale dobra, udało mi się ostatnio wybrać do kina na Venoma, więc może dzisiaj o tym. To jak jest z tym filmem? Naprawdę takie gówno, że 30% na rottentomatoes.com to maks co może z tego filmu być? I tak, i nie.

Może już na początku należałoby zaznaczyć – Venom dobrym filmem zdecydowanie nie jest, ale można się na nim dobrze bawić. Jego grzechów jest dość typowa, jak na tego typu produkcje. Na pierwszy ogień idzie…

Fabuła

Tej w zasadzie nie stwierdzono. Serio, nie jestem sobie w stanie przypomnieć, o co tam dokładnie chodziło. To znaczy, są jakieś symbioty, mniej lub bardziej złe, ktoś gdzieś ma jakiś szatański plan (nie do końca kojarzę o co w nim chodziło), ale to wszystko jest tylko pretekstem do pokazania kilku naprawdę efektownych scen akcji. To wszystko pewnie mniej by przeszkadzało gdyby nie…

Postacie

To prawda, co napisano i powiedziano już w każdej wcześniejszej recenzji – ma się je w dupie. Eddie Brock jest totalnie nie taki, jak powinien być. O ile komiksowy pierwowzór był po prostu przepotężnie wkurwiony na Spider-Mana mięśniakiem, to Brock w wydaniu Hardy’ego jest po po prostu rozlazły (chociaż to i tak z 10 lig wyżej niż to, co zaprezentował Topher Grace u Raimiego), a dodatkowo niemalże ze sceny na scenę przechodzi nad całą nietypową sytuację do porządku dziennego. Nawet w momencie, w którym zaczynałem już chłopakowi współczuć okazało się, że on się w sumie tymi wydarzeniami i faktem odgryzania ludziom głów dość szybko przestał przejmować. To samo, zresztą, dotyczy Annie, która fakt odgryzienia łba jakiemuś najemnikowi opatruje jednym komentarzem, a potem ustawia głośniki na dużą moc, bo taka z niej zła babka… O czarnych charakterach w sumie ciężko cokolwiek napisać, poza tym, że są jakby wyjęci z prosto z lat 80. Główny złol to po prostu jebnięty naukowiec, a na posyłki ma chyba najbardziej jednowymiarowego i nudnego najemnika na świecie, za to z idealnym uzębieniem. A skoro postacie mamy już za sobą to należałoby wspomnieć o…

Aktorach

W zasadzie cały film opiera się na tylko na dwójce mega zdolnej pary, która jakoś nieszczególnie kwapiła się do grania. Michelle Williams już dawno powinna dostać swojego Oscara (role wybiera odpowiednie a i nominacje na koncie już 4 są) i trzymać się zdecydowanie ciekawszych ról. Może chociaż teraz wpadnie jej coś teraz za *Wszystkie pieniądze świata*. Szkoda patrzeć, żeby taka dobra aktorka i najjaśniejsza gwiazda *Jeziora marzeń* (co to był za serial…) rozmieniała się na drobne grając totalnie pozbawione charakteru w umiarkowanie udanych ekranizacjach komiksów.
Hardy ma już jedną ekranizację komiksu na koncie i, o ile tam wypadł naprawdę dobrze (a i za kamerą stał wtedy prawdziwy zdolniacha), to tu zdecydowanie mu się nie chce. Biega, a w zasadzie łazi wszędzie w brudnych ciuchach z rozbieganym wzrokiem i to byłoby w zasadzie na tyle. A chłopak przecież tak cudownie bełkotał w Tabu. Zerknąłem sobie na szybko w jego filmografię na Filmwebie i wychodzi na to, ze następne dwa filmy, jakie go czekają, to Mad Max 2 i Splinter Cell. Powoli zaczyna chyba wpadać w jakąś popkulturową szufladkę. Nie, żeby to było szczególnie złe, bo rola w Mad Maxie i chemia, jaką miał z Theron (chociaż tu mógł pomóc fakt, że się podobno nie znosili) była o lata świetlne przed tym co zaprezentował tutaj i jego ekranową relacją z Williams (a tutaj chemia jest żadna).

No to się trochę nad Jadem (oj, szkoda, że nikt tego nie przetłumaczył) poznęcałem, ale prawda jest taka, że naprawdę dobrze mi się ten film oglądało. Akcja jest dość wartka, w filmie dzieje się już w zasadzie od pierwszej sceny i twórcy nie tracą czasu na głupoty takie, jak sensowne wprowadzenie postaci ich motywów czy jakąkolwiek ekspozycję; efekty specjalne są na najwyższym poziomie (na dzisiaj – nie ulega wątpliwości, że zestarzeją się kiepsko, bo CGI inaczej nie umie) i spokojnie dorównują tym z MCU. Jest nawet całkiem spora dawka humoru, której pewnie niewiele ludzi się spodziewało, w końcu komiksowy pierwowzór to raczej szajbus, którego należało się bać, a nie lubiący podśmiechujki przybysz z innej planety.
O ile tylko pójdzie się na ten film z nieszczególnie wygórowanymi wymaganiami, albo najlepiej z nastawieniem, że to taki osadzony w marvelowskim uniwersum VHS z lat 90, tylko bez obowiązkowych na tamte czasy cycków (w końcu PG13 do czegoś zobowiązuje), a do tego w 3D na IMAXie to naprawdę można się na Venomie całkiem nieźle bawić. Po prostu kino superbohaterskie przyzwyczaiło nas teraz do nieco wyższego poziomu, więc doskonale rozumiem fakt, że sporo ludzi wyjdzie z kina zawiedzionych.

No i jeszcze ta scena po napisach, której oczywiście spodziewał się każdy, kto chociaż w małym stopniu zna komiksową historię Spider-Mana i Venoma. A że Czerwonego będzie pewnie grał Woody Harrelson, to powód do radości i wyczekiwania na sequel jest. A że film całkiem nieźle się sprzedaje, to decyzja o kontynuacji jest już chyba raczej przesądzona.

Wpisów do końca projektu: 363

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.